Link 26.10.2006 :: 22:11
Komentuj (4)Jakby to powiedzieć...
Żegnam się z tym miejscem. Zauroczyło mnie inne. Chętnych o nowy adres proszę o zostawienie komentarza, ew. wysłanie wiadomości.
Link 25.10.2006 :: 18:09
Komentuj (0)Nocna pisanina z racji swojej żałosności przekraczającej dopuszczalne normy została skasowana. Sama chętnie też bym się skasowała, bo wyglądam i czuję się jak ostatnia ofiara losu. Mam nadzieję, że odrobina (albo całkiem spora ilość) snu, jaką mam zamiar zaraz zażyć nieco mi pomoże.
Link 23.10.2006 :: 20:50
Komentuj (2)Moją pracę lubię (również) za pieniądze, jakie mi za nią płacą. Za to, że pensja (w połączeniu z tym, że nie muszę się sama utrzymywać) pozwala mi na kupno książek w ilościach zupełnie mnie zadowalających i przekraczających wszelkie ilości do tej pory kupowane (dziewięć Pratchettów w ciągu miesiąca przyprawia mnie o dziką radość). Za to, że jeśli chcę iść do kina, to idę, nie zastanawiając się nad tym, że kilkanaście złotych można wydać w inny sposób (zwłaszcza, jeśli się ich nie ma). Jestem rozpuszczonym bachorem. Jestem stworzona do posiadania pieniędzy. Zasługuję na to.
Link 22.10.2006 :: 22:45
Komentuj (1)Zadaje mi się za dużo zbyt poważnych pytań. Brakuje mi czasu, żeby przemyśleć je w stopniu adekwatnym do ich ciężaru.
Czy mając własne, kupione i urządzone samodzielnie mieszkanie, byłabym zdolna do zostawienia go i przeprowadzenia się do faceta? Jak dużo niezależności, do której tak dążę, mogłabym poświęcić dla drugiego człowieka? I czy wolę meble klasyczne czy nowoczesne?
Znalazłam dzisiaj idealne łóżko. I stół. I krzesła. Nie mam tylko mieszkania, do któego mogłabym te rzeczy wstawić, choć takie idealne (poza ceną i pewnością, że zostanie wybudowane) też już znalazłam. Wolę nie myśleć, co by było gdyby. Nie chcę zapeszać.
Lubię nowoczesne, drewniane meble. Brak samotności za niezależność – uczciwa wymiana. Byłabym.
Link 18.10.2006 :: 22:24
Komentuj (1)Chwilami brak mi słów i pozostaje tylko 'dobranoc'.
Na wyrost nazwany 'przyjaciel' potrafi odstawiać focha za spóźnione przeczytanie sms'a, lub brak odpowiedzi na żartobliwie zadane pytanie 'to już nie jesteśmy przyjaciółmi?', co jest mi, podobno nadal żartobliwie, wymawiane od dwóch tygodni. Jednocześnie w kilku słowach potrafi zawrzeć nikłość mojego wpływu na swoją osobę. Tracę orientację w tym, co jest mówione na serio, a co tylko dla przekomarzania się.
Link 17.10.2006 :: 20:21
Komentuj (0)Sukcesy zajmują mi ostatnio za dużo czasu.
Link 16.10.2006 :: 20:31
Komentuj (1)Od bardzo, bardzo, bardzo, bardzo dawna słucham jednej i tej samej piosenki. Znaczy się znowu mi się pogorszyło. Martwię się paroma osobami, martwię się sobą, moim przyszłym (na razie w marzeniach) mieszkaniem i tym, że będzie mi się pracowało inaczej, bo nie tam, gdzie chcę (w sensie pokoju i towarzystwa najbliższego). I tysiącem innych kwestii też się martwię.
Kiedy ostatnio zasypiałam, myśląc o pracy, stwierdziłam, że źle ze mną. Czas zwolnić troszkę? Może po wdrożeniach, których będzie tysiąc pięćset, a których muszę dopilnować. Choć chyba nie, bo znowu słyszę, że teraz to się dopiero do pracy musimy wziąć, bo się zacznię. Aha. A jeśli się nie weźmiemy, to co? Nico? Chyba się muszę dopytać, co z moją podwyżką, o którą bezczelnie poprosiłam (to jest temat na inne opowiadanie).
A teraz zaraz, jak tylko skończę przygotowywać materiały na jutro idę malować farbkami do szkła kolejne banalne postaci z kreskówek. Z braku czasu na haftowanie, to też może być.
Link 13.10.2006 :: 21:23
Komentuj (2)Właśnie wróciłam z pracy. Wyszłam o 7 rano. Dzisiaj znowu udało nam się wdrożenie.
A żeby było sprawiedliwie, od poniedziałku opuszczam pokój będący domem wariatów, w którym sąsiaduję z jednej strony z moim podwładnym, a z drugiej strony z najlepszym przyjacielem, aby zamieszkać w pokoju z osobą, która uważa mnie za skretyniałą blondynkę. Przenosiny takie, żebyśmy mieli spokój, bo teraz to się dopiero zacznie przecież. Humoru jakoś nie polepsza mi fakt, że mam tydzień na oddanie kolejnego projektu ani to, że dostanę jeszcze jednego człowieka do zespołu i będzie podobno spokojniej. Chyba się popłaczę.
Link 12.10.2006 :: 20:54
Komentuj (0)Czas najwyższy na załatwienie formalności uczelnianych. Zajęło mi to raptem 3,5 godziny, dwukrotne stanie do dziekanatu numer jeden, jednokrotne do dziekanatu numer dwa, jednokrotne do dziekanatu numer trzy (niepotrzebne zresztą) i jeszzce biblioteka. I to tylko dlatego, że większość obiegówki miałam już załatwionej. Uff.
Przy okazji nie ma to ja przyjść do pracy kwadrans po dwunastej i cztery godzinki później pojechać do domu.
Link 09.10.2006 :: 22:38
Komentuj (0)Rozmowa z szefem za mną, niby wszystko wyjaśnione. Przeprosiny padły, co podobno jest ewenementem.
A ja dochodzę do wniosku, że cholernie łatwo mną manipulować. I ponadto, że mimo tego, że wydawało mi się, że praca mnie nie stresuję, zbyt emocjonalnie do niej podchodzę. Przechodzę od skrajności w skrajność i muszę się tego oduczyć. Miniony tydzień zbyt wiele mnie kosztował. Czas z tym skończyć.
Link 08.10.2006 :: 19:03
Komentuj (0)Zapomniałam dodać, że również tegoroczne rozpoczęcie studiów doktoranckich należy do coraz mniej prawdopodobnych zdarzeń. Nie zmieściłam się w terminach. Kolejna nieudana sprawa, jaka spadła na mnie w ciągu ostatnich paru dni. A żeby było śmieszniej, zaczynam chorować - typowy objaw mojego organizmu po przejściu dużych dawek stresu.
Link 08.10.2006 :: 00:21
Komentuj (7)Z osoby, która w zeszły piątek była określona jako jeden z najcennejszych nabytków firmy 'awansowałam' na kogoś, kogo można ochrzaniać z góry na dół, a w wykonaniu innej osoby można go nawet oskarżać o nieuczciwość. Wszystko za wykonanie niewykonalnego zadania (z pewnymi niedociągnięciami), co miało miejsce w wykonaniu mojego zespołu (całych dwóch osób) we wtorek, a skończyło się o godzinie 21:30, o której to radośnie w końcu opuściliśmy firmę (w której nie było ani szefa, ani nikogo, kto mógłby nam w czymkolwiek z miliona spraw, które należało zrobić, pomóc). Przez telefon nie zapomniano oczywiście pogratulować i prosić o przygotowanie piersi do przyjęcia orderów. Dwa dni później za to nie omieszkano wspomnieć o możliwości cofnięcia mianowania na stanowisko kierownicze. Za głupia na takie gierki jestem, nic z tego nie rozumiem.
Czuję się strasznie wykorzystana. A na dodatek nawet nie tyle, co podcięto mi skrzydła, to odrąbano je tasakiem zaraz przy skórze.
I nie, nie umiem się tym nie przejmować.
Link 02.10.2006 :: 06:36
Komentuj (0)W trakcie corannego, kilkukrotnego pokonywania trasy pokój - łazienka zaczęłam się zastanawiać, dlaczego ciągle i ciągle sypiam przy niezasłoniętych żaluzjach? I dlaczego tak się ubieram? I w ogóle dlaczego (tak ogólniej). Przy okazji przypomniałam sobie, co mi się śniło i doszłam do wniosku, że kawałek szkoły podstawowej i kawał szkoły średniej. Po rzuceniu okiem na wiadomość w TVN24 w stylu: studenci blablabla doszłam do jeszcze jednego wniosku: szkoła podstawowa to historia, szkoła średnia skończona, teraz studia też.
Teraz tylko praca do końca życia.
I tym optymistycznym akcentem kończę poniedziałkoranny występ.
Link 27.09.2006 :: 22:44
Komentuj (0)Ojejku, ojejku.
Po kolei: w pracy będzie się działo i to jeszcze jak. Ale to w pracy. Jakoś tak nie umiem się stresować pracą po wyjściu z niej. Asertywność znaczy się mam na dobrym poziomie. Nie wiem, czy nie na za wielkim (hmmm...).
Ale poza pracą: studia skończone (formalności trochę zostało, ale to pikuś), konferencja za mną (ha! mam pierwszą przedstawioną publicznie prezentację, dumna jestem). Zostaje certyfikat z angielskiego (za półtora miesiąca), końcówka kursu z tegoż angielskiego i tyle.
Oznacza to niemalże wakacje - prawie wolne popołudnia co najmniej 2 razy w tygodniu. Co prawda mam już pomysł na ich zagospodarowanie, ale najpierw się nimi ponapawam - tak przez miesiąc.
Potem idę na studia doktoranckie.
:-)
Link 24.09.2006 :: 00:36
Komentuj (0)Moje ryzykanctwo jest jedyne w swoim rodzaju.
Na konferencję, na którą wybieram się jutro, a podczas której mam przedstawić wyniki swojej pracy, przygotowałam piękne, wielkie, okrągłe NIC. Spokojnie, do środy daleko, prawda?
Na złość sobie i innym zajmuję się innymi rzeczami, pracuję w domu, myślę, jaki sobie kalendarz kupić, przez dwie godziny gram w Settlers (od bardzo, bardzo dawna). Czasem śpię, a czasem obieram pieczarki. I dobrze mi z tym.
Udowadnianie sobie, w jak bardzo krótkim czasie potrafię się przygotować do publicznego wystąpienia jest chyba rodzajem sportu.
Do prezentacji przedstawionej na obronie, nie przygotowywałam się w ogóle. Do tych na konferencji znajomi naukowcy przygotowują się od tygodnia, mając za sobą doświadczenie wielokrotnych tego typu wystąpień. Przy okazji stresują się (co niektórzy) niemiłosiernie, bo od tych wystąpień zależą oceny ich grantów. A ja nie. Może dlatego, że tak dużo rzeczy na mnie ostatnio spadło, że mało co robi na mnie wrażenie? Zachowanie wspomnianych osób, przerażone miny, kiedy wspominałam, że nie przygotowywałam się jakoś specjalnie do wspomnianej już obrony nie daje mi to nic do myślenia, nerwowe telefony i informacje przekazywane z drugiej ręki nt. tego, że może bym jednak wsiadła w autobus i pognała w siną dal, celem przedstawienia moich dotychczasowych dokonań (pomijając fakt, że z racji jakże często jeżdżących autobusów w soboty i niedzielę zajęłoby mi to minimum 7 godzin) nie stresuje mnie zbytnio.
Myślę sobie, że bardzo tęsknię do momentu, kiedy po przyjściu do domu nie będę musiała nic.